O dzisiejszej książce usłyszałam w jednym z programów śniadaniowych. Wówczas wymieniano ją jako propozycję do czytania w trakcie długiego weekendu majowego. Pani, która była zaproszona do studia opisała tę książkę (podobno przytaczając słowa autora:-)) w sposób, który przyciągnął moje uwagę. Mianowicie, stwierdziła, że autor oglądał serial Zagubieni i doszedł do wniosku, że całą historię potrafi napisać lepiej:-). Bardzo mnie to zainteresowało, głównie ze względu na serial, którego nigdy nie dane mi było obejrzeć do końca. Dlatego byłam bardzo ciekawa, czy autor książki całkowicie zainspirował się telewizyjną produkcją...
Tytuł... Lśnij, morze Edenu to dla mnie jeden z takich tytułów, który budzi wewnętrzny niepokój. Sama nie wiem dlaczego, ale to samo uczycie towarzyszyło mi i automatycznie kojarzy się z Poszukiwaniem straconego czasu Marcela Prousta. Tym bardziej czułam się zachęcona do czytania.
Styl pisania od razu skojarzył mi się z powieściami innych hiszpańskojęzycznych pisarzy (przede wszystkim z Eduardo Mendozą i jego Przygodami fryzjera damskiego oraz z Gabrielem Garcią Marquezem i Sto lat samotności). Oczywiście nie uogólniam, ale takie były moje pierwsze skojarzenia. W pewnym momentach książka traciła ten specyficzny styl, aby do chwilę ponownie do tego wracać.